Kultura Prasowe archiwum Zdrowie

O biedzie polskiej wsi

Ciężko nam sobie wyobrazić biedę. Taką prawdziwą. Gdy czasem nie ma co do paszczęki włożyć. I nie mówię tu o studenckich czasach, gdy młodziaki zamiast jedzenia kupowali fajki. Ci, którzy oglądają stacje nadające „dokumenty” czasem mają okazję zobaczyć jak żyją ludy niemal pierwotne w Afryce czy Ameryce Południowej. Widzą, ale nie pojmują, bo nigdy na własnej skórze tego nie odczuli. Nie powąchali domostwa biednego człowieka. Dziś spróbuję przybliżyć warunki, w jakich żyli wieśniacy w Beskidach półtora roku przed napaścią Niemiec na Polskę. Fragment pochodzi z „Pamiętnika” dr Zofii Karasiównej (dostępnego w sieci). Była ona zatrudniona przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w Suchej Beskidzkiej.

„Idzie przez Suchę epidemia odry. Przyszła od Żywca wzdłuż głównego gościńca, przyjechała pociągiem do stacji kolejowej. Szerzy się powoli wzdłuż bocznych dróg i ścieżek. Najpóźniej wyjdzie na góry: Magórkę, Nowy Świat, Dział Makowski. Nie opuszcza ani jednej chałupy. Choruje kilkaset dzieci.

Przynosi ją do domu dziecko z pierwszej lub drugiej klasy, po nim zachorowuje rodzeństwo młodsze. Wszystkie małe dzieci ile jest w domu. Starsze są zdrowe: one już chorowały na „chrosty“. Bo przed 6-ciu laty była taka sama epidemia odry. Następna będzie za 6 lub 7 lat. Przyjdzie nieodwołalnie, gdy wyrośnie nowa pierwsza klasa. Ta która urodzi się po epidemii. Wcześniej nie będzie miał kto przynieść ze szkoły zarazka. Bo starsze roczniki odchorują teraz.

Więc wszystkie dzieci chorują. Które słabsze i źle odżywione dostają zapalenia płuc. Z tych dużo umiera. Silniejsze skoro tylko chrosty zbledną, idą do szkoły z plamami jeszcze na twarzy, z kaszlem. Zanoszą odrę tam, skąd ją przyniosły: zapada nowa seria pierwszoklasistów.

Lekarza prawie nikt nie wzywa, chyba tylko na tą chorą kasę. Przecie każdy wie, że to chrosty. A doktór zrobiłby doniesienie do gminy, że choroba zaraźliwa. Po co się na taki wstyd narażać.

Jest czerwiec. Piękna pogoda. Przyjemnie się jedzie furmanką. Szkoda, że już jesteśmy przed chałupą. Przyjechałam do dzieci ubezpieczonego. Nie chorowałam nigdy na płuca, nie chorowałam na serce. Dużo wytrzymać potrafię. Ale do izby wejść nie mogę. Zataczam się na progu, ciemno mi w oczach, słabo. Napróżno chwytam powietrze. Powietrza nie ma.

Z trudem wychodzę przed dom. Wykonuję kilka forsownych oddechów i w końcu jeden głęboki wdech. Jak przed zanurzeniem się do wody. Z tym zapasem powietrza wchodzę do izby. Wystarczy, żeby dojść do okna. Wystarczy żeby wybić szybę. Bo okno otworzyć się nie da. Przybite gwoździami z końcem września według zwyczaju — ani drgnie. Szpary zalepione kitem, obwiedzione wałkiem szmacianym. „Odry nie wolno przeziębiać“ objaśniają mnie matki. W izbie mieszkają dwie rodziny. Rodzina mojego ubezpieczonego i druga nieubezpieczona, rodzina bezrobotnego. Razem 13 osób. W tym 6-ro dzieci chorych na odrę. Troje ma zapalenie płuc. A tak uważano, żeby ich nie przeziębić. Podłoga izby ma może 9 m 2. Wysokość odpowiednia.

Starałam się dawniej tłumaczyć. Bawiłam się w wykłady. Patrzono na mnie z uśmiechem politowania. Zrażałam sobie ubezpieczonych, traciłam pacjentów prywatnych. Ustawiano przy drzwiach wartownika. Otwierano okna w pokoju chorego, gdy nadchodziłam, zamykano zaraz po moim odejściu. To samo u chłopa, to samo u inteligenta. Bo jest przyjętą powszechnie zasadą: chorego trzeba dusić. Zwłaszcza tam, gdzie płuca chore lub zagrożone zamykać okna. Niech mu jeszcze trudniej będzie oddychać. Przecie w Chinach podobno zatykają choremu nos i usta watą, żeby przypadkiem dusza nie uciekła.

Więc dzisiaj nie powiedziałam nic. Wybrałam się w podróż. Od domu do domu. W jednym domu pożyczyłam obcęgi. Wyrwałam wszystkie gwoździe. Zepsułam ramy okien. Wybiłam dla pewności kilka szyb. Ludzie biedni. Przed zimą nowych okien nie sprawią. Na chleb nie mają. Będzie otwarte przez kilka miesięcy, w dzień i w nocy. Patrzono na mnie z podełba. Przeklęto mnie do dziesiątego pokolenia. Nie przepisałam żadnego lekarstwa.

Dzieci wyzdrowiały.”