Prasowe archiwum Prawo i finanse Publicystyka

Rajzerzy przy młócce

W większości umysłów naszych rodaków został, przez nauczycieli historii, media różnej proweniencji, czy wreszcie polityków, z wysiłkiem wpisany obraz zamożnego kraju, jakim przed wojną miała być Polska. Utwierdzają ten stan rzeczy grupy zapaleńców i, jak by napisali lewicowi publicyści, zapaleńczyń. Rzeczywistość była zgoła inna. Po drogach II RP w 1939 roku poruszało się raptem niewiele ponad 40 tys. samochodów. Ludzie w porywie patriotyzmu składali się i kupowali polskiemu wojsku karabiny maszynowe. Na obszerniejsze omówienie tych zagadnień przyjdzie jeszcze pora. Dziś przypomnę specyficzną grupę społeczną znaną powszechnie jako „niebieskie ptaki”. Żniwa w pełni, więc…

(Kurjer Warszawski – 18 lipca 1939 r.) „Chylą się łany zbóż, szeleszcząc i dnia na dzień cięższymi kłosami — chlebem. Idą żniwa. Lecz nie wszyscy będą zbierali zasłużone plony. Po gościńcach, drogach i ścieżynkach kraju wałęsa się mnóstwo najrozmaitszych „ptaków niebieskich”, które ni orzą, ni sieją…

Są to bezdomni, wypędzeni z rodzinnych osiedli, podróżujący za pracą i chlebem, zwani powszechnie rajzerami. Nie przykładają ręki do przedżniwnej krzątaniny wkoło chleba, kupić go nie mają za co, ale jednak, mimo to, jeść muszą, jak wszyscy.

Ich pomysłowość w sposobach wyżywienia się na gościńcu za darmo musi być niewyczerpana i wręcz zdumiewająca dla nas, ludzi osiadłych. Żniwa — to nowa, walna dla nich ku temu sposobność.

Na polach wzdłuż dróg stoją w kopicach snopki dopiero co zżętego zboża, czekające na zwózkę do stodół. Osiedla właścicieli, zwłaszcza we wsiach dotąd nie skomasowanych, są od nich częstokroć bardzo oddalone. Przy tym bywa i noc, owa pomocnica występku, chroniąca go pod swym płaszczem przed oczami świata.

Rajzerzy nie orzą, nie sieją, nie palą się w skwarze podczas żniw, a mimo to odważniejszym i bywałym nie obca jest ta najradośniejsza praca, pachnąca już z bliska gotowym, zdrowym chlebem: młócka.

Jakże się to dzieje?

Zmawiają się oto we dwóch, bo tak przeważnie wędrują. Wybierają „najbezpieczniejsze” pole, co do którego już przeprowadzili przed tym ścisły wywiad. Rozpostarłszy obok kopicy płachty, kładą na nich rower kołami do góry. Jeden mocno chwyta za siodło, drugą ręką — za pedał. Jest to tzw w gwarze rajzerskiej „mechanik”. Do niego należy baczenie, by tak zaimprowizowana „młocarnia” działała jak najsprawniej. I przeważnie od takiego mądrali wychodzi inicjatywa tej nad wyraz pomysłowej młocki. Klęcząc, jest dumny, wyniosły i czeka. Towarzysz, zwany „nakładaczem”, sięgnąwszy po snopek, przykłada z drugiej strony bukiet kłosów do szprych tylnego koła. Wówczas zaczynają. „Mechanik” puszcza w ruch swoją „młocarnię”: z uwagą kręci pedałem. Kłosy, obijając się o druty, obficie ronią ziarno, które rozpryskuje się po płachtach, jak okruszyny chleba. Czasem, przykładając dłoń do opony koła wstrzymuje jego bieg, by „nakładacz” mógł wyjąć zaplątaną i zmierzwioną słomę. Pod koniec tempo „młocarni”, należy zwiększyć, by wyleciały chude ziarna, siedzące w kłosach mocniej.

I tak postępuje praca: garść za garścią, snopek za snopkiem, kopica za kopicą. Po godzinie młocki mają już dobrą półkorcówkę. Słomę ustawiają z powrotem w kopicę, jak gdyby nigdy nic nie zaszło, zarzucają na plecy płachty z ziarnem i, tak obładowani, ruszają w drogę.

Nazajutrz, będąc już daleko od tego miejsca, zaszywają się gdzieś na polanie leśnej, z dala od gościńca i osiedli, by urządzić następnie „wialnię”.

I w tym znów zdumiewa ich pomysłowość. Okazuje się bowiem, że rower jest uniwersalnym wynalazkiem.

Do szprych tego samego koła przymocowują deseczki lub tekturki, sporządzając w ten sposób coś w rodzaju wiatraka. „Mechanik” ponownie obejmuje swą czynność. Pędzące koło wznieca obok siebie silne fale powietrza wspomagane czasem przez wietrzyk, przelatujący ponad polaną. Wówczas „nakładacz” bierze po garści ziarna i sypie je wolno, po trochu z wysoka ze skupieniem. Plewy i nieczystości odfruwają precz a na płachty pada czyste, złote ziarno.

Tak przygotowani, tym razem nocują w lesie, podsunąwszy się pod miasteczko, by raniutko zdążyć na targ, gdzie spieniężą swą zdobycz za bezcen.

Po każdej takiej młocce czeka ich kilkudniowy dostatek i beztroska, wędrówka „po pańsku”, czasem – i zabawa.

Po cóż mozolić się w zgarbieniu nad pługiem, po cóż siać i lękać się gradobicia lub powodzi, skoro i bez tego przyjdzie „ich” czas żniwny i jeśli nie tu, to tam, zbiorą „swoje” plony?… Oczywiście tak być nie powinno. Ale etyka tych ludzi pozostawia wiele do życzenia.”

Stefan Spyra